
sobota rano. słońce leniwie wdziera się do pokoju. długo sie nie zastanawiam – chwytam za tel… i już po godzinie śmigamy z kumplem na południe. cel – sfilmować zjazd z pewnej serpentyny w beskidzie wyspowym ;] brak kamerki wymusza partyzanckie rozwiązania – wysłużony syfrowy canon, trochę izolacji teflonowej i gotowe ;)

późnym popołudniem osiągamy cel. okazuje się jednak, że mogą być problemy z wyrobieniem się przed zmrokiem – trzytygodniowa przerwa w jeżdzeniu, ciągłe zjazdy i podjazdy; robią swoje. mocujemy sprzęt na kierownicy, odpalamy i… po kilku minutach padają akumulatory ;] mimo tego coś udaje sie zarejestrować, miało być lepiej ale zawsze coś ;)
dość szybko robi sie szaro, a my dosłownie i w przenośni jesteśmy daleko w lesie. o 17.00 ktoś gasi światło i jedziemy w absolutnej ciemności.

na efekty nie trzeba czekać zbyt długo – wjeżdzam na jakieś żelastwo na poboczu i dętka kapituluje. kwadrans przy jakimś domostwie, i znowu wracam na szosę. dwie godziny później licznik pokazuje 140 połknietych kilometrów. trochę zmęczony ale cholernie szczęśliwy :)

chcialbym miec na cos taka zajawke jak Ty masz na rower. ech.
brawo! tak spędzany wolny czas to rozumiem :)
pomysł z kamerką zastępczą w deche
pomysl pierwszorzedny, i podklad muzyczny fajnie dobrany :D
ładnie tam macie :)
kurdt: zajawka to byla kiedyś – teraz to tylko tak od czasu do czasu ;)
uza: “ładnie tam” tzn gdzie? bo to z 70km od krakowa jest ;]
hehe to 70 km od “miasta” to już “tam” :) czasami nawet to dwa kroki za dom to też “tam”
ładnie, prawda
ale drogi to hardkor na maxa jak i u nas na dolnym śląsku :P widzę
No, to grubo się działo :-)