Archiwum kategorii 'bike'

sypiem siem :/

nooo i jak już się sypie to wszystko na raz :/ niedawno kupione opony się przecinają na jakims żelastwie na poboczu,

obręcze pękają na naszych pięknych gładkich ojczystych asfaltach. niedługo potem do strajku przyłączają sie kolejne szprychy.

kaseta z łańcuchem twierdzą, że też mają dość… 20tyś km to jednak stanowczo za dużo nawet dla szimanowskiego “dura ace”. kurna, nie chce myśleć ile mnie będzie kosztować wymiana tego całego szpejostwa :/

to wieczorem nie wytrzymuję, pakuję szpej foto do plecaka i ogień do centrum. efekt taki, że po 3 godzinach bezowocnego szwendania sie po mieście przypominają się echa kontuzji stawu biodrowego, a ścięgno achillesa mówi, że czas wracać do domu. wniosek: chodzenie na piechotę jest strasznie nieefektywnym sposobem przemieszczania się ;]

red light means go

…też tak chce :(

niedziela, dwa kółka i zatkany nos

 

takie o tym, że jest styczeń, a ja jeźdzę jakby to był środek maja; takie o tym, że lubię jeździć pod wiatr, ale jeszcze bardziej lubię z wiatrem; takie o tym, że mam zjebane zatoki i na zimnie cieknie mi z nosa; i w końcu takie o tym, że lipnie się robi zdjęcia trzymając aparat jedną ręką.

idziemy na rower :] vol.2

sobota rano. słońce leniwie wdziera się do pokoju. długo sie nie zastanawiam – chwytam za tel… i już po godzinie śmigamy z kumplem na południe. cel – sfilmować zjazd z pewnej serpentyny w beskidzie wyspowym ;] brak kamerki wymusza partyzanckie rozwiązania – wysłużony syfrowy canon, trochę izolacji teflonowej i gotowe ;)

późnym popołudniem osiągamy cel. okazuje się jednak, że mogą być problemy z wyrobieniem się przed zmrokiem – trzytygodniowa przerwa w jeżdzeniu, ciągłe zjazdy i podjazdy; robią swoje. mocujemy sprzęt na kierownicy, odpalamy i… po kilku minutach padają akumulatory ;] mimo tego coś udaje sie zarejestrować, miało być lepiej ale zawsze coś ;)

dość szybko robi sie szaro, a my dosłownie i w przenośni jesteśmy daleko w lesie. o 17.00 ktoś gasi światło i jedziemy w absolutnej ciemności.

na efekty nie trzeba czekać zbyt długo – wjeżdzam na jakieś żelastwo na poboczu i dętka kapituluje. kwadrans przy jakimś domostwie, i znowu wracam na szosę. dwie godziny później licznik pokazuje 140 połknietych kilometrów. trochę zmęczony ale cholernie szczęśliwy :)

Następna strona »


button stats bikestats.pl
(c) jan_zbedny@.tlen.pl