***

przeglądałem dziś zdjęcia z wypadów w tatry, uzbierało sie już tego trochę… no i wzięło mnie na wspominki. ten jesienny dwudniowy wyjazd okazał sie być z pewnego względu wyjątkowy. doskonała pogoda, mnóstwo ludzi na szlakach, a przede wszystkim dobra zabawa z pokonywania kolejnych metrów.

kolejny szczyt, kolejna przełęcz, zejście do „piątki”. masa ludzi w schronisku, obowiązkowa chińska zupka i wypad nad stawy w absolutnych ciemnościach z browarem w ręce. nocka na glebie pod stołem w jadalni – mimo to wstajesz rano z uśmiechem na twarzy. po wyjściu na zewnątrz dosłownie zamarzasz – październikowy bezchmurny poranek, o tak, to będzie piękny dzień.

po godzinie podejścia idziesz już tylko w podkoszulku, słońce smaży niemiłosiernie, coraz stromiej. a w gębie sucho. no ale nie zapłacisz 7,50 za 1,5 litrową butelkę mineralnej, poza tym nikomu się już nie chce wracać do schroniska. w głowie plącze się tylko jedna myśl – szczyt, a szczyt oznacza upragniony browar, który taszczyłeś przez dwa dni w plecaku

jeszcze trochę, jeszcze kilkadziesiąt metrów. ze szlaku po lewej nagle wybiega jakiś koleś, mocno poddenerwowany nawołuje żeńskie imię. dociera do nas, w kilku słowach streszcza co sie stało, mówi żebyśmy uważali i zbiega dalej. nieco skołowani osiągamy wierzchołek. wkrótce od strony zakopca pojawia sie mały czerwonawy punkcik, rosnący z każdą chwilą.

przelatuje nad przełęczą i szybko zawisa jakieś 100m nad dnem dolinki pustej. echo łopat smagających powietrze i metaliczny dźwięk turbinowego silnika, bez pytania o pozwolenie spręża się w głowie, wypierając stamtąd nieszczęsny browar. cała sytuacja powoduje, że dociera do ciebie fakt, że można stąd wrócić na dół znacznie szybciej niż tylko szlakiem, że to jednak tak do końca nie jest radosna, beztroska zabawa. kobieta obok nerwowo wypala papierosa: nie wiem co sie stało, usłyszałam tylko sypiące się kamienie, chwile później już leciał – odbijał się od skał jak piłka. na zewnątrz śmigłowca, w koszu, ląduje duży, ciemnozielony plastikowy worek.

już w domu dowiaduje się, że to był młody koleś, też z krakowa. dokładnie nie wiadomo co się stało, poślizgnięcie, może ukruszyła się skała, kilkadziesiąt metrów swobodnego lotu, potem kilkaset odbijania się po skałach nie daje praktycznie żadnych szans. jedno jest pewne – cholerny pech. może zabrzmi to banalnie, ale takie rzeczy dają niezłego kopa na otrzeźwienie – zaczynasz sie zastanawiać nad wieloma sprawami; jednocześnie wiele uczą, przede wszystkim pokory wobec gór.
miesiąc później, na nadwiślańskich wałach ktoś namalował graffiti dla tego gostka.

4 Responses to “***”


  1. 1 Trick Kwiecień 11, 2007 o 4:40 am

    przyznam ze jak zobaczylem czarnobiale to wybuchlem smiechem

  2. 2 zbendny Kwiecień 11, 2007 o 8:38 am

    ale „graffiti”w bw, czy foty w ogóle? :b

  3. 3 antek Kwiecień 11, 2007 o 2:32 pm

    dlatego póki co jeśli jadę sam to łażę po zachodnich tatrach, tam jest znacznie mniej miejsc gdzie można „polecieć” . A w Wysokich trzeba po prostu cholernie uważać…

  4. 4 BlazewiczBlazej Kwiecień 11, 2007 o 8:40 pm

    Zawsze mi ojczym opowiadał o jego wypadach w góry itd. wiadomo wtedy to już w ogóle była jazda, ale i tak zawsze takie śmieszne mi się to wydawało i nie miałem zamiaru wybrać się w góry i przyjemnie spędzać czas. Z czasem jednak chyba dorosłem i sam uznałem, że takie rzeczy to fajna sprawa, można dużo zobaczyć i sporo się nauczyć. Takie notatki jak te jeszcze bardziej mnie przekonują.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s





%d bloggers like this: